W marcowym wydaniu „Polski Zbrojnej” ukazał się artykuł Redaktor Pauliny Ciesielskiej, która na miejscu zapoznała się z procesem przygotowania do rozpoczęcia szkoleń w Zakładzie Medycyny Pola Walki, który utworzony został w 1 Wojskowym Szpitalu Klinicznym w Lublinie. Jest to bardzo złożony proces, który rozpoczął się w październiku 2025 roku, składający się z przygotowania niezbędnej infrastruktury (szczególnie pomieszczeń przeznaczonych do praktycznej symulacji, które muszą spełniać określone wymagania zapewniając realizm sytuacyjny), pozyskania sprzętu wykorzystywanego w trakcie szkolenia a przede wszystkim zbudowania zespołu ludzi z pasją, posiadających niezbędną wiedzę i doświadczenie do prowadzenia szkoleń. Zgodnie z założeniem pierwsze szkolenia odbędą się jeszcze w marcu 2026 roku. Pierwszym etapem szkolenia jest 3 godzinny kurs wprowadzający mający na celu zapoznanie uczestników szkolenia z podstawowymi zasadami postępowania z pacjentem urazowym w ramach pomocy przedszpitalnej TECC/TCCC. Kolejnym etapem szkolenia będzie kurs praktyczny na bazie sal symulacji, które aktualnie dostosowywane są do potrzeb prowadzenia szkoleń.
płk Bogusław PIĄTEK
ARTYKUŁ
Symulacja, która paraliżuje zmysły
Paulina Ciesielska
Polska Zbrojna
W sercu Lublina, za murami 1 Wojskowego Szpitala Klinicznego, powstała jednostka, która ma stać się medycznym sercem wschodniej flanki NATO. Zakład Medycyny Pola Walki i Katastrof to laboratorium przetrwania, gdzie w dymie, huku wystrzałów i blasku stroboskopów wykuwa się nowa doktryna polskiego ratownictwa.
Drzwi piwnicy zamykają się z głuchym trzaskiem, odcinając dopływ promieni słonecznych. Sekundę później rzeczywistość rozpada się na kawałki. Z głośników uderza ogłuszający ryk. To kakofonia wojny – huk ciężkiej artylerii miesza się z seriami z karabinów maszynowych, a w tle słychać przeszywający skowyt rannych. Pomieszczenie wypełnia gęsty dym, który osiada na języku metalicznym posmakiem spalenizny. Widoczność spada do zera, dopóki nie rozbłysną czerwone stroboskopy. Na betonowej posadzce leży martwy żołnierz, obok drugi ciężko ranny. Jedna noga wykręcona pod nienaturalnym kątem. „Amputowana kończyna”, krzyczy jeden z medyków, którzy muszą wydostać poszkodowanego z linii frontu. „Opatrunek izraelski, szybko, daj Izrael”, pada polecenie. Na opatrzenie i ewakuację rannego medycy mają zaledwie kilka minut. Działają szybko, metodycznie, z czołówkami na głowach. Na czole ratowniczki pojawia się pot, choć to tylko ćwiczenia.
Ratunek w sytuacji zagrożenia
„Tutaj nie ma miękkiej gry” – to hasło przyświeca zespołowi Zakładu Medycyny Pola Walki i Katastrof (ZMPWiK), powstałemu przy 1 Wojskowym Szpitalu Klinicznym w Lublinie. Powstał z myślą o najgorszym scenariuszu. Nikt go nie chce, ale wszyscy wiedzą, że brak przygotowania kosztuje więcej niż najdroższy sprzęt i najbardziej realistyczna symulacja. Trzon grupy stanowią: lekarz koordynator i cztery pielęgniarki, które na co dzień pracują w różnych oddziałach szpitala. Każda wnosi inny rodzaj doświadczenia.
Anna (nie podajemy nazwisk ze względów bezpieczeństwa), pielęgniarka epidemiologiczna, patrzy na projekt przez pryzmat bezpieczeństwa systemowego. Jej codzienna praca to walka z niewidzialnym wrogiem – zakażeniami. Tutaj uczy, jak przetrwać w świecie, w którym sterylność jest luksusem. „W szpitalu zajmuję się przede wszystkim kontrolą zakażeń szpitalnych. Tutaj szkolimy siebie, żeby potem móc przeszkolić swój personel. Medycyna pola walki jest świetnym kierunkiem”, pielęgniarka podkreśla, że takie ćwiczenia z medycyny taktycznej TCCC (Tactical Combat Casualty Care) w dzisiejszych czasach są jak najbardziej potrzebne wszystkim medykom. Ćwiczenia symulacyjne i treningi praktyczne przygotowują kadrę do pracy w środowisku o ograniczonych zasobach, pod presją czasu i w warunkach podwyższonego ryzyka. „Sytuacja za naszą granicą jest niepewna, konflikty zbrojne są coraz częstsze. Naturalnie, mamy silne wojsko, ale konieczna jest też mocna obrona cywilna”, ocenia Anna.
„Idea jest taka, żeby przeszkolić personel szpitala wojskowego, a dalej szpitali cywilnych, które realizują zadania na rzecz obronności państwa, na przykład przez udział w projekcie »Szpitale przyjazne wojsku«”, mówi płk Bogusław Piątek, zastępca komendanta ds. II Rejonu Zabezpieczenia Medycznego Wojsk. Jeszcze przed wybuchem wojny w Ukrainie starał się on przeforsować pomysł na prowadzenie szkoleń dla personelu szpitala w tym strzeleckich z podstawową obsługa różnego rodzaju typów broni. Miały być one połączone z elementami medycyny pola walki i przetrwania w warunkach izolacji czyli SERE (Survival, Evasion, Resistance, Escape), oraz OPBMR (obrony przed bronią masowego rażenia).
Na potrzeby Zakładu w piwnicy wojskowego szpitala powstały trzy sale szkoleniowe. Pierwsza to strefa czerwona, pod ostrzałem. Druga imituje mobilny punkt medyczny, a trzecia jest improwizowaną salą zabiegową. Jeden ze scenariuszy ćwiczeń zakłada ewakuację poszkodowanego żołnierza z okopów. Inny – że w trakcie opatrywania rannego szpital polowy jest atakowany i przez dziurę w ścianie trzeba jak najszybciej ewakuować poszkodowanych na noszach. „Scenariusze ćwiczeń można dowolnie modyfikować, tak samo jak rodzaje ran czy urazów. Możemy symulować amputacje, oparzenia, rozległe krwawienia”, wylicza płk Piątek. Dodaje, że w planach jest też utworzenie czwartej sali, w której medycy mogliby się szkolić razem z żołnierzami wyposażonymi w broń i amunicje hukową.
Chaos kontrolowany
Praca w tych warunkach to przede wszystkim walka z własną fizjologią. Adrenalina zalewa organizm, dłonie zaczynają drżeć, a tunelowe widzenie sprawia, że łatwo przeoczyć drugą ranę czy zbliżające się zagrożenie. Na pytanie, co jest najtrudniejsze, pielęgniarka operacyjna Justyna odpowiada wprost: „Emocje i stres, że możemy nie podołać. A trzeba”. Tu nie ma miejsca na „nie wiem”. „Na bloku mam zawsze przygotowany sprzęt, wszystkie opatrunki, czyste, poukładane narzędzia. Tu musimy sobie radzić z tym, co mamy”, mówi Justyna.
Zasady udzielania pierwszej pomocy na polu walki się zmieniają. Dawna „złota godzina” ewakuacji ustępuje miejsca brutalnej prawdzie – pierwsze sekundy decydują o wszystkim. Doświadczenia z wojny w Ukrainie pokazują, że przy nieustannym zagrożeniu ogniem przeciwnika i dronami ewakuacja często jest opóźniona lub niemożliwa. O przeżyciu decydują więc pierwsze chwile i umiejętność pomocy samemu sobie (np. samodzielne zatamowanie krwotoku przez rannego) czy też przez współtowarzyszy broni. Medycyna pola walki koncentruje się dziś przede wszystkim na błyskawicznym opanowaniu krwotoku i stabilizacji rannego jeszcze pod ostrzałem w miejscu a zdarzenia a potem zdolności do jego ewakuacji tam, gdzie uzyska kwalifikowana pomoc medyczną. Może to trwać wiele godzin, a nawet kilka dni.
„Działamy przy okrojonym składzie personelu i brakach w zaopatrzeniu”, dodaje Katarzyna, pielęgniarka anestezjologiczna i intensywnej opieki. Wskazuje ona, że najciężej było „zmienić myślenie i przestawić się z procedury szpitalnej na ratunkową w trudnych warunkach”. Katarzyna tłumaczy fundamentalną różnicę, która dla postronnego obserwatora może brzmieć obrazoburczo: „Zazwyczaj w przypadku pacjenta z zatrzymaniem krążenia, postępujemy zgodnie z procedurą RKO [resuscytacja krążeniowo-oddechowa]. A tutaj mamy tak zwaną gradację śmiertelności na polu walki. Polega ona na tym, że największą śmiertelność dają nam krwotoki. Później zaburzenia oddychania, odma i hipotermia. Dlatego jak widzimy pacjenta, który nie oddycha, w pierwszej kolejności szukamy źródła krwotoku. Masaż serca w takiej sytuacji nic nie pomoże, a jedynie spowoduje większe krwawienie”. W praktyce oznacza to brutalną selekcję działań. Szybkie sprawdzenie, czy pacjent krwawi, skąd i czy można ucisnąć. Potem zaczyna się walka o oddech.
W medycynie taktycznej największym wrogiem jest brak koordynacji. Stąd kluczem do sukcesu jest działanie lidera, który musi zachować dystans i „być trochę z boku”. Chodzi o zatrzymanie się i spojrzenie szerzej na sytuację. „Lider musi patrzeć całościowo na rannego i swój zespół, żeby sprawnie i szybko pomóc. Inaczej każdy z uczestniczących zaczyna się skupiać w trakcie ratowania – ze względu na okoliczności – tylko na tym, co robi, a nie widzi całego zdarzenia. Po to jest lider, żeby nie angażować się fizycznie w jedną procedurę, tylko umieć ogarnąć zespół i wiedzieć, jak rozdzielić zadania”, tłumaczy koordynator zakładu dr Henryk Gomuła, gdy cichną symulowane wystrzały.
Lubelski bastion
Zakład przy al. Racławickich w Lublinie uczy, jak utrzymać pacjenta przy życiu w okopie czy w zniszczonym budynku, kiedy ma się do dyspozycji jedynie plecak medyczny i własne umiejętności. Ostatnio 5-osobowy zespół ćwiczył na wartym około 700 tysięcy złotych fantomie wysokiej wierności, który do złudzenia przypomina żywego człowieka. Ma on urwaną nogę poniżej kolana i liczne rany, z których tryska syntetyczna krew. Jednym z elementów takiego szkolenia jest poprawne założenie stazy taktycznej – wysoko i ciasno. W tej sytuacji kursanci się uczą, że ból pacjenta przy dokręcaniu krępulca jest dobrym znakiem – oznacza, że mechanizm działa.
Stażyści też chętnie schodzą do szpitalnej piwnicy, aby podpatrzeć i czegoś się nauczyć. „Zainteresowanie jest. Niektórzy sami się zgłaszają, chcą dołączyć do zespołu. Ogranicza nas jednak brak rozwiązań systemowych w zakresie finansowania tego przedsięwzięcia”, wskazuje pułkownik Piątek. Obecnie koszty funkcjonowania Zakładu obciążają budżet własny szpitala.
Od marca instruktorzy mają w systemie rotacyjnym, w kilkuosobowych grupach, szkolić z medycyny taktycznej personel całego lubelskiego szpitala wojskowego. W dalszej kolejności zajęcia obejmą medyków z innych szpitali z rejonu zabezpieczenia medycznego wojsk w województwach lubelskim i podkarpackim. „Chcemy nauczyć pracowników cywilnych, jak przygotować się na wypadek konfliktu zbrojnego, katastrof i zdarzeń masowych, gdzie będzie więcej poszkodowanych niż dostępnych w szpitalu sił i środków”, podkreśla dr Henryk Gomuła.
To strategiczna odpowiedź na zmieniającą się sytuację bezpieczeństwa w Europie Środkowo-Wschodniej, ale też fundament Legionu Medycznego – inicjatywy, której celem jest stworzenie rezerwy wysoko wykwalifikowanych specjalistów, gotowych do szybkiego wsparcia systemu ochrony zdrowia i struktur wojskowych. Chodzi o edukację. Przez lata w kraju panowało przekonanie, że medycyna wojenna to domena misjonarzy z Afganistanu czy Iraku. Dzisiaj Lublin mówi jasno: każdy lekarz, pielęgniarka i ratownik w tym kraju musi mieć podstawowe kompetencje taktyczne.